Kończysz pracę i zaczynasz bieg… zakupy, obowiązki rodzinne, a na drodze do mety staje przypalająca się zupa…
W tym maratonie, zwanym codziennością, łatwo zapomnieć o tym wszystkim, co nas krzepi, dodaje oddechu, podtrzymuje radość z życia, bo nie to krzyczy o natychmiastową uwagę, bo zdaje się nie być „produktywne”, „na już” ani „dla kogoś”. Coś, co po prostu sprawia przyjemność.
A gdyby tak spojrzeć na te dające siłę momenty nieco inaczej? Że bez nich, bez ciszy, czasu dla siebie nie da się być produktywnym na dłuższą metę, że odpoczynek to sprawa na już, bo bez niego wdziera się zniechęcenie, wyczerpanie, że ten czas ,,dla siebie” jest też czasem ,,dla innych”, bo jak być w gotowości na potrzeby najbliższych, gdy nasze nie są zaspokojone.